Solt – Hajos Pincek 69km

by hajski
0 comment

Po doskonalej kolacji w centrum Soltu moje przeczucia co do hotelu California nabraly ciemniejszych barw. Po 21:30 padl prąd. W napieciu czekalismy na zlowrogie pukanie siekiera do drzwi. Ale ze nic takiego nie nastąpiło, usnelismy jak dzieci przed 22 🙂 szybkie sniadanko na lawce w centrum miasta i jeszcze szybsza jazda! Trafilismy na doskonaly odcinek, asfalt tylko dla rowerow i maszyn rolniczych. A potem piekne zadbane i niedzielnie senne wioski wokol ktorych podziwialismy jak dobrze wegrom rosna warzywa. Chyba klimat sprzyja.
W radosnym nastroju skapani w słońcu dotarliśmy do stolicy papryki, Kalocsy. Tu zwiedzilismy muzeum papryki ktore w sumie nas rozczarowalo, bo nie bylo zbyt interaktywne. Nie bylo prawdziwej uprawy papryki, za to duzo suszonych czerwonych papryczek i szczegolow ich uprawy. W kawiarni w centrum spotkalismy kelnera wreszcie mowiacego po angielsku i odpoczelismy troche od upalu. A ostatnie 26km pokonalismy iscie sportowo, w szyku peletonowym, ze zmianami co 5km. I tak wjechalismy do Hajosi Pincek. To wioska z 1200-toma piwniczkami winnymi, ktore wygladaja jak male domki a wchodza gleboko pod ziemie. Lokalni plantatorzy, mieszkancy okolicznego miasteczka i nie wiemy kto jeszcze, maja tu swoje winnice i piwniczki. Hajosi pincek ma w sumie podobno 3 zameldowanych mieszkancow. Z tego co udalo nam się dowiedzieć, wlasciciele wpadaja tu na imprezy z rodzina i znajomymi. I rzeczywiście, w tych domkach stoja stoly i krzesla, a wlasciciele, jesli sa na miejscu, polewaja swoje wyroby, z beczki lub butelki. Przy niedzieli zastalismy raptem trzech, za to ugoscili nas na maksa. Jeden nawet nie chcial od nas pieniedzy 🙂 mial w piwniczce swoja perkusje, przyjechal motorem w koszulce iron maiden. I chociaz nie mowil w zadnym znanym nam języku, na migi przekazał nam ze nie placimy nic. A w innej akurat sprzatanej po sobotnich baletach piwniczce za degustacje 3 kieliszkow na osobe + pol butelki wina zaplacilismy w sumie 25pln :):) za to wszyscy spotkani wlasciciele mieli objawy mocnego kaca po sobocie. Zdecydowanie trzeba tu wrocic na weekend. Piotrek opanowal juz podstawy wegierskiego i uszczesliwial nasza pania wlascicielke lokalu! Za to Jacek juz po pierwszej karafce szprechal idealnym niemieckim. Ogolnie w okolicy Wegrzy mowia po niemiecku, z angielskim cienko. Notke wrzucam z opoznieniem, bo w piwniczkach nie ma wifi, w naszej knajpie i pensionie tez nie. Prawdopodobnie doleci do Was z kawiarni w Kalocsy. Przed nami 130 km, dwa promy, park narodowy i Mohacs na koniec. Obysmy dali rade!

Powiązane posty