Tajlandio, witaj z powrotem!

by hajski
4 komentarze

Zastanawialismy sie, jak Tajlandia wypadnie po naszych 3 dniach w Kambodzy. No i wypada rewelacyjnie 🙂
Droga powrotna z Kambodzy zajela nam jedyne 12 godzin. Najpierw szybka taksowka do granicy, bez przymusowych postojow. Wyjechalismy o 6.30 rano i mijalismy cale tlumy dzieci jadacych rowerami do szkoly. Taka Kambodzanska Masa Krytyczna w mundurkach.
Na granicy tym razem bez lapowek i kolejek, Tajlandia powitala nas za darmo. Na dworcu autobusowych w Aranyapathet kupilismy normaly bilet na panstwowy autobus w pierwszej klasie. Mielismy godzine do odjazdu wiec obserwowalismy, jak pan steward zdejmuje buty zeby wysprzatac autobus przed odjazdem.
A potem na targowisku dworcowym zjedlismy sniadanie w wersji tajskiej – Piotrek zupe z kurczakiem, a ja rice omelette – co wygladalo doslownie tak jak sie nazywalo – ryz, na tym omlet a jako dodatek – slodki sos chilli. Mniam 🙂 a jakie klimatyczne otoczenie! i powrot do normalnych cen – oba dania po 2,5pln.

Potem jeszcze przesiadka w Bangkoku i przed zachodem slonca bylismy w Kanchanaburi. I tak nam sie tu podoba ze zostajemy do poniedzialku.
Mieszkamy w cichym i klimatycznym guesthousie otoczonym ogrodem. Rano ptaki spiewaly oblednie. Pelno tu bujnej i kwiecistej roslinnosci. Na koncu posesji jest basen, wokol stoliki a kilkanascie metrow ponizej plynie rzeka Kwai.
Dzis rano zrobilismy sobie maly jogging do slynnego mostu. Temperatura oszalamiajaca – o 8.00 bylo ponad 30, w ciagu dnia doszlo do 40. Po drodze trzeba bylo uwazac na chaotycznie poruszajace sie skutery jak rowniez nie nadepnac weza wygrzewajacego sie na asfalcie…
I znowu wstawka jedzeniowa, bo nie moge nie napisac co bylo na sniadanie. Na straganie wypatrzylam cos, co sie nazywa Mango Sticky Rice. Pani wyciaga z garnka lepki ryz gotowany z mlekiem kokosowym. Na niego kroi bardzo dojrzale mango i calosc polewa mlekiem kokosowym. Szkoda ze w domu tak nie ma!

A po poludniu pojechalismy do swiatyni tygrysow.
Chyba troche wyssana z palca histora glosi, ze mnisi przygarniaja pokrzywdzone tygrysy i sie tam nimi opiekuja. Moze kiedys tak bylo. Teraz to raczej atrakcja turystyczna niezle a siebie zarabiajaca. Niemniej jednak tygrysy wygladaly na zadowolone i chetnie pozowaly do zdjec. Smieszne bylo wejscie do kanionu gdzie bylo  ich najwiecej. Musielismy sie rozdzielic i wchodzic pojedynczo – pan przejmowal ode mnie aparat, drugi pan prowadzil za reke od tygrysa do tygrysa. Tak samo Piotrka 🙂
Po lekturze i obejrzeniu Zycia Pi troszke sie balam…

Po powrocie odpoczynku wakacyjnego ciag dalszy. Poobserwowalismy troche nasza ulice – sporo tu barow i restauracji, a tuz za rogiem jest nocny bazar. Poszlismy tam szukac spodni, ale to jest bazar dla Tajow i ubania sa bardziej w naszym stylu. Za to znalezlismy alejke z jedzeniem i oczywiscie skonczylismy tam, probujac i kupujac rozne pysznosci w oblednych kolorach, smakach i cenach, ktore potem w woreczkach foliowych zabralismy ze soba do hotelowej altany.
W barach mijanych po drodze rzucaja sie w oczy prostytutki i transwestyci. Wyglada na to ze Kanchanaburi oprocz mostu i malowniczych okolic przyciaga turystow szukajacych innych mocnych wrazen.

Zabieram moje ciastka ryzowe (nikt tu nie slyszal o dukanie ani niejedzeniu slodyczy, nawet kawa jest zawsze poslodzona!) i ide spac. Papa!

Powiązane posty

4 komentarze

Tomek 15/03/2013 - 18:03

Genialne tygrysy!!! Jakby sie zdenerwowaly to rekord na 5km bylby mimo temperatury 🙂

Anonymous 15/03/2013 - 18:50

Gosiu, Wspaniałe fotki!!!
… ja cały czas tęsknie za tajskim jedzeniem 🙂
Ania

Anna G. 18/03/2013 - 22:41

Zdjęcia z tygrysami są niesamowite!

Katia Gurova 20/03/2013 - 10:53

Ładnie pasuje do rodziny ten tygrysek:)

Comments are closed.