Toskania, Toskania

by Gosia
0 comment

Dawno nas tu nie było, bo i podróży było ostatnio mniej, a jeśli były – to w sprawdzone, już opisane miejsca. No może poza tygodniem w Rowach w lipcu, który nadaje się pod tytuł: Największy kebs na wybrzeżu, czyli jak w niby-rodzinnej mieścinie mieści się cała nadmorska, wakacyjna “polskość”. Ale chyba sobie daruję, choć wspomnienia są nadal świeże jak… no właśnie, mało tam było świeżych ryb 😉

Z Władkiem udało nam się też już odwiedzić Jurę i nawet powspinać! I o ile dwumiesięczny niemowlak trochę utrudnia wiszenie w uprzęży, to przewietrzyliśmy chustę na spacerze i poćwiczyłam karmienie w środku wycieczki odwiedzającej jaskinię.

Dobra, czas na Toskanię.
Wrzesień, idealny czas – nie za gorąco, ale wciąż ciepło, mniejsze tłumy, ale atrakcje wciąż czynne, piękne wczesnojesienne światło podkreśla urok łagodnych wzgórz, a my na drodze z Gladiatora spacerujemy z maluchami w chustach. Nie przesadzam- naprawdę tak było 🙂

W podróż dla dodania sobie odwagi wybraliśmy się w zestawie 2x(2+1), z Olą, Łukaszem i Maksiem – prawie równieśnikiem Władka.
Polecieliśmy do Mediolanu (bo krótki, bezpośredni lot LOT-em), a stamtąd zaraz po lądowaniu ruszyliśmy na południe.
Zależało nam na akurat takim locie, bo z Władkiem logistyka jest nieco bardziej wymagająca, i żeby móc w ogóle jechać tyle godzin samochodem podróż musiała przypadać na noc. Na szczęście w logistyce wyjazdów mam doświadczenie -nie chwaląc się – wybitne, pakowanie gondoli wózka do nadania, fotelika, stelaża i wszystkich bambetli było i tak pikusiem w porównaniu do pakowania rowerów na lot do Gruzji. Rolka stretchu twoim najlepszym przyjacielem.

Władek nadaje bagaże

Na miejscu odebraliśmy sprawnie samochód i ze śpiącym synkiem przejechaliśmy ponad 300km do hotelu zarezerwowanego po drodze. Wyspaliśmy się całkiem nieźle i w sobotę rano zboczyliśmy z trasy do Toskanii żeby odwiedzić kraj w którym jeszcze nie byliśmy – San Marino. Polecamy, w ramach ciekawostki, bo nie należy spodziewać się w San Marino widoków czy smaków zupełnie innych niż w otaczającej je z każdej strony Italii.
Miasto położone jest spektakularnie na wysokiej górze, na starówkę wjeżdża się gondolką, a na miejscu można spacerować wzdłuż starych warownych murów oglądając trzy wieże. Większość da się obejrzeć z wózkiem – odpuszczając najwyższe baszty i wspomagając chustą we fragmentach gdzie nie ma ulic, tylko schody. Władek nie było może zachwycony przez cały czas, ale pilnie studiował nowe drzewa, mury i uśmiechał się do mijanych turystów. Obowiązkowym punktem programu było wysłanie pocztówek. Czy dostaliście kiedyś kartkę z San Marino?

Po południu ruszyliśmy już prosto do celu, pokonując widokową drogę przez góry. W Angiari zameldowaliśmy się po 18-tej, a chwilę po nas dotarli pozostali uczestnicy wyprawy. Powitała nas gospodyni, zachwycona chłopakami (małymi), zaprezentowała nawet kółka do pływania po basenie 😉 Na dzień dobry dostaliśmy pyszne toskańskie ciasto i butelkę wina. Tarta Della Nonna nie udało mi się do tej pory odtworzyć.

Ola znalazła cudowny dom, a raczej posiadłość, w południowej Toskanii, tuż przy granicy z Umbrią. Nasz dom był nieco oddalony od Angiari, położony na końcu malowniczej drogi, w połowie wzgórza, z basenem. Idealny dla 4 dorosłych lub rodziny z większymi dziećmi. Otoczony ogrodem, gdzie oprócz wonnych krzaczków lawendy rósł równie aromatyczny, bujny rozmaryn, od którego posiadłość wzięła swoją nazwę. Jeśli kiedyś wyobrażałam sobie pobyt w willi w Toskanii, to z grubsza właśnie tak. Rano, przez uchylone drzwi balkonowe z ogrodu wpadał odurzający zapach świeżej lawendy.

Spędziliśmy błogi tydzień rozkoszując się serami, wędlinami, foccacią i winem (i piwem 0%), pizzą, pastą, widokami, spacerując po okolicy, pijąc wyśmienite espresso w lokalnym barze, kąpiąc w promieniach słońca i basenie. Anghiari, to piękne, nieduże miasteczko, niezbyt popularne wśród turystów, toteż mogliśmy doświadczyć autentycznych włosich obyczajów w lokalnej kawiarence.
Ale oczywiście nie bylibyśmy sobą spędzając tyle dni w jednym miejscu – w ramach jednodniowych wycieczek odwiedziliśmy Arezzo (kilka razy, po LODY! o czym poniżej), Sienę, Montepulciano i Piensę, ze słynną drogą którą filmowy gladiator wracał do domu. W Montepulciano na rynku piliśmy Montepulciano i zgodnie stwierdziliśmy, że z butelki w Warszawie smakuje jakoś lepiej…

Jeśli będziecie kiedyś w Arezzo, to tam zjedliśmy najlepsze lody w życiu: pistacjowe, do nabycia w lodziarni Sunflower.

Władek dzielnie znosił podróże samochodem testując rozmaite gryzaki, zmuszając nas do przerw na karmienie i słuchając, a w krytycznych chwilach również oglądając youtubowe piosenki o kaczuszkach. Nie było to takie zwiedzanie do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni – na wysokich obrotach, trzymając się harmonogramu, studiując przewodniki i wyszukując najlepsze restauracje. Dostosowaliśmy plany do rytmu dnia obu maluchów i skupialiśmy się na powolnym spacerowaniu bardziej niż zaliczaniu obowiązkowych atrakcji, a jedliśmy tam, gdzie chłopaki mogli w spokoju i nie przeszkadzając nikomu zjeść i pohałasować. Panowie prężyli muskuły wpychając wózki po stromych, zwykle brukowanych uliczkach.
Większości zwiedzania udawała się z użyciem naszej dużej gondolki, czasem na stromiznach Władek podróżował na rękach taty (a matka pchała wózek), chwilami korzystaliśmy z chusty. Fajnie udało się zsynchronizować maluchy – drzemali w podobnych porach, wstawali i chodzili spać również podobnie, więc mieliśmy sporo czasu “dla dorosłych” co wieczór wyciągaliśmy sukcesywnie uzupełniany półmisek nazwany przez nas “tipico toscano” ze stertą serów, prosciutto i oliwek, panowie raczyli się winem, my piwem 0 i tak, słuchając muzyki, w leniwej atmosferze cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Śniadania wyglądały podobnie, z tą różnicą, że ze dwa razy udało nam się pobiegać, a stołowaliśmy się w porośniętej winoroślą altance z pięknym widokiem. Młodzież drzemała lub dokazywała w tym czasie w wózeczkach.

Udało nam się też załapać na kolację gotowaną przez gospodynię, a to w ramach przeprosin za drobny hałas związany z małym remontem w budynku obok.

Podróż powrotna do Mediolanu była sporym wyzwaniem, bo synek niechętnie siedzi w foteliku a w miarę spokojnie jedzie tylko kiedy śpi. Korzystaliśmy więc z drzemek i zaplanowaliśmy po drodze dłuższe przystanki. Pierwszy przypadał w Pizie, bo Piotrek marzył (!) o zobaczeniu krzywej wieży. Na drugi odpoczynek i spacer postanowiliśmy zatrzymać się w jednej z nadmorskich miejscowości. Nie było to łatwe, bo cała linia brzegowa jest podzielona między prywatne, luksusowe kluby, do których trzeba się zapisać (i opłacać członkostwo) żeby móc wejść na plażę i korzystać z leżaka. Przeszliśmy do morza między budynkami wypełnionymi szafkami i przebieralniami i po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że chyba zaraz nas wyproszą. Poudawaliśmy więc, że no parlare italiano, w sumie zgodnie z prawdą. W międzyczasie Władek zjadł podwieczorek i pomaczał stópkę w Morzu Śródziemnym. I już był czas jechać dalej. Żałowałam, że nie udało na się jeszcze odwiedzić Genui, choć mijaliśmy ją o kilkadziesiąt kilometrów. Do Mediolanu dotarliśmy wieczorem i energii starczyło już tylko na room service.

W Mediolanie zastaliśmy upał, tłumy turystów i brak przyjemnych ławeczek i cienia do nakarmienia synka. W sumie najbardziej podobał nam się wielki, stary park Sempione, gdzie rozłożyliśmy się na kocu i obserwowaliśmy niedzielne zwyczaje Włochów. Starówka nas nie zachwyciła, ale może to upał odbierał chęć do podziwiania architektury. Po urokliwych miasteczkach Toskanii, gdzie wszędzie – dosłownie – WSZĘDZIE było ładnie, a każde miasto ulokowane malowniczo na wzgórzu, Mediolan był po prostu kolejną metropolią.

Na pewno jeśli kiedyś będzie okazja, chętnie wrócimy do Toskanii – jest pięknie, zachwycały nas pagórki w zasięgu wzroku, wszystkie miasteczka były naprawdę malownicze, a Włosi bardzo pozytywni. No i te wszystkie pyszności w zasięgu ręki!

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.