Treking przez Chewsuretię

by Gosia
0 comment

Po przeżyciach minionego dnia umowiliśmy się na spanie w opór. Opróżniona butelka czaczy bardzo w tym pomogła. Oczywiście zmarzłam na kość, ale udało nam się przespać prawie 12 godzin. W nocy lało i bałam się, że dzisiejszy treking będzie wymagał jeszcze więcej samozaparcia. Ale już przed 10 błyskawicznie się wypogodziło i obóz zwijaliśmy skąpani w promieniach słońca. Zaczęliśmy trudne zejście z 2500m n.p.m. do położonego tysiąc metrów niżej Shatili. Po deszczu było bardzo ślisko a do tego stromo. Ścieżka nie należy do zbyt uczęszczanych i czasami nie można było nawet operować w gęstwinie kijkami. W paru miejscach znów z ciarkami na plecach szliśmy wzdłuż zbocza. Odpoczynek i kąpiel w strumieniu były bardzo zasłużone, tym bardziej, że od zwinięcia biwaku minęło parę godzin, a my byyliśmy jeszcze przed śniadaniem. Zjedliśmy ostatni ser i ostatnie kabanosy, pokruszyliśmy ostatnie kawałki chleba który kupiliśmy 4 dni wcześniej w Omalo. Za kilka kilometrów czekała na nas cywilizacja. Nie wiedzieliśmy wtedy jakie to będą kilometry…Zaczęło się niewinnie, ścieżką wzdłuż potoku. 


Rozluźnieni szliśmy radośnie. Ścieżka w pewnym momencie zaczęła się wspinać do góry, aż zniknęła zmieniając się w urwisko. Szliśmy dalej, aż nasz czerwony szlak zamajaczył na kamieniu…po drugiej stronie potoku. Powrót w pozycji przylgniętej do urwiska nie należał do najprzyjemniejszych. Ogólnie wracanie nie jest fajne. Tym bardziej kiedy okazało się, że żeby dostać się na szlak trzeba pokonać rwący potok. Długo szukaliśmy dogodnego miejsca. Wybraliśmy najmniej niedogodne, ale i tak nie wyglądało to sympatycznie. Zdecydowaliśmy się żeby ktoś najodważniejszy (Andrzej) najpierw wysondował sytuację, asekurowany liną (w tej roli sznurek do prania).

Nie wyglądało to na przeprawę którą mogłabym powtórzyć samodzielnie. Dla lepszej asekuracji znaleźliśmy kłodę drewna i we czwórkę próbowaliśmy ją przerzucić na drugą stronę, bez powodzenia. Kiedy wreszcie zaczęliśmy zdejmować buty i szykować się na najgorsze, na horyzoncie pojawił się jeździec. Po krótkich negocjacjach w tonie błagalnym przewiózł najpierw plecaki a potem nas. Koń nie był zachwycony.


 My ruszyliśmy dalej a walące serca powoli wracały do naturalnego rytmu. Aż do momentu, kiedy na horyzoncie zamajaczyła kładka łącząca nasz brzeg ze wsią Konishala. To się ogólnie wydaje proste – utrzymać równowagę przez te kilka metrów. Ale kiedy pod spodem zasuwa potok, szczeble losowo się uginają a całość chyboce, na plecach za to ciąży kilkanaście kilogramów balastu, skutecznie zaburzając środek ciężkości- wcale nie jest łatwo. Marzenka próbowała najpierw na stojąco, potem przykurczona, na czworaka, aż wreszcie po prostu usiadła i przesuwając się centymetr po centymetrze dopełzła na drugą stronę. W międzyczasie na drugim brzegu pojawił się rezolutnie wyglądający chłopiec i dwie panie. Bez dłuższego zastanowienia panie (w tym jedna w japonkach), przebiegły po mostku zwinnie na naszą stronę i na migi zaproponowały że wezmą nasze plecaki. Ta w japonkach z gracją bujała 20-kilogramowym bagażem nad wodą. Ta starsza po prostu podała mi rękę i kazała iść. Chwyt miała mocny i pewny a dłoń spracowaną. To poszłam. Za mną, też z panią za rękę przeszli chłopcy. Panie zniknęły tak szybko jak się pojawiły, za to po kilkudziesięciu metrach na drodze przed jednym z domów zauważyliśmy chłopca. Stał przy małym stoliczku na którym rozłożone były kryształowe kamienie. Młody biznesmen zarobił na nas 5 Lari (3 za duży i dwa za średni kamień) a ceny podawał po angielsku. W międzyczasie siedem (!) szczeniaków obgryzało moje kijki.


Dalsza droga była spokojniejsza i już bez przygód późnym popołudniem dotarliśmy do celu- Shatili. Tutaj czekała nas wizyta u lekarza, bo Jacek zszedł z gór przeziębiony. 


Patrząc na to jak wygląda Szatili czekaliśmy na Medyka z XIXwiecznym stetoskopem i młoteczkiem. W drzwiach białego domu na samym końcu najwyzej położonej uliczki w miasteczku pokazała sie za to pani, która stwierdziła że mówi po angielsku.

 Jacek zaczął szczegółowo opisywać objawy i czas ich występowania (m.in kaszel nie dający spać w nocy) a Pani pokiwała głową i bez żadnych badań zniknęła, by po chwili wrócić ze strepsilsem i paracetamolem. Jacek zaprotestował, bo akurat gardło go nie bolało, a Pani w odpowiedzi na to zapytała czy nie potrzebujemy pokoju… Poczułam się jak w czeskim filmie. Jacek tonem nie znoszącym sprzeciwu poprosił najpierw o zbadanie i diagnozę. Wtedy okazało się, że pani jest pomocą przedmedyczną, a lekarz czeka w środku. Jacka poproszono do dużego pokoju, doktor wyłączył telewizor, zakasał rękawy, osłuchał i zdiagnozował bronchit. Zaordynował ampicylinę, której dał Jackowi cały swój zapas (5 tabletek). 

Wróciliśmy do fortecy i zasiedliśmy do kolacji. Gospodyni przeszła samą siebie serwując tyle tradycyjnych przysmaków, że ledwo pomieściły się na stole. Wszystko ugotowane specjalnie dla nas chwilę wcześniej. Wszystko przepyszne. Adrenalina po dzisiejszych przeżyciach powoli opadała, słabe światło żarówki oświetlało nasze uśmiechy, księżyc odbijał się w potoku za oknem bez okna a wiatr hulał między kamiennymi wieżami. Tej nocy wreszcie było mi ciepło, pod pierzyną na gruzińskim łóżku w kształcie hamaku.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.