Treking z Dartlo za Girewi (koniec świata)

by Gosia
0 comment

Noc minęła niespokojnie- może po prostu dookoła było za cicho? A może to przez te przebiegające przed chatką konie? Czy wreszcie mysz próbującą się dobrać do naszych zapasów? Absolutne i nieprzeniknione ciemności dookoła? Dość, żeby słońce które wpadło do domku przez otwarte dość późno drzwi oświetliło pięcioro zaspanych wędrowców. Na szlak ruszyliśmy po 10:00. Plecaki ciążyły. Droga prowadziła wzdłuż rzeki. Obok nas przejechało kilka jeepów wiozących zapasy lub turystów do następnych wiosek. Kiedy na postoju, w pieczołowicie wyłowionym spłachetku niezanieczyszczonej przez krowy trawki delektowaliśmy się kawą, minęła nas grupa turystów idących w przeciwnym kierunku ‘na lekko’. Cały ich bagaż niosły wypożyczone konie. Nikogo więcej na szlaku nie spotkaliśmy. Kilometry mijały powoli, czas-szybko. Co chwilę pokonywaliśmy strumienie, często wymagające nie tylko równowagi i stabilizacji przy skokach po kamieniach, ale też zdejmowania butów, zakładania sandałów i brodzenia po kostki lub kolana w lodowatej wodzie. Swoją drogą dobrze to robiło zmęczonym stopom. Aż tu nagle stanęliśmy w obliczu wyzwania- prowizorycznej kładki z chybocącą się poręczą. Przymierzaliśmy się do niej długo i z taką pewną nieśmiałością. Tymczasem z naprzeciwka nadeszła babcia w klapkach, ruchem ręki kazała nam się odsunąć i po paru sekundach dziarsko maszerowała dalej po drugiej stronie. Zacisnęliśmy zęby i powtórzyliśmy manewr.

stabilizacja na 5+

i tak sobie mieszkają


humory dopisują


Co kilkanaście minut odsłaniały się przed nami kolejne widoki- nie starczyło czasu by na wszystko spokojnie się napatrzeć. Po drodze z Dartlo minęliśmy dwie widoczne z drogi wioski- Czeszo i Parsmę. Jak wszystkie miejscowości w Tuszetii zamieszkane są tylko od maja do października. Potem śnieg zasypuje drogi i nie można się stąd wydostać. Pasterze idą ze swoimi stadami przez kilka dni z powrotem na drugą stronę gór. Chciałabym to kiedyś zobaczyć. Doszliśmy do Girewi. Tutaj kończy się droga którą mogą przejechać teoretycznie tylko jeepy. Sprawdziliśmy na własnej skórze- dziury ubożeje wszystkim brak mostów. Jest sierpień i dosyć sucho, ale po deszczu, albo wiosną strumienie i potoki pewnie zamieniają się we rwące rzeki.

W Girewi mieści się hotelik i sklepik gdzie nożna kupic piwo (2l za 10 Lari) i czaczę (0,5l za 5 Lari), oraz konserwy, colę, snickersa i herbatniki. Kilkaset metrów w stronę rzeki ulokowali się pogranicznicy. Ponieważ wkraczamy do niezamieszkanej części Tuszetii i będziemy blisko granicy z Rosją musimy to zgłosić. Zostaliśmy pieczołowicie spisani (to musi być trudne przepisywać coś w obcym alfabecie) i dostaliśmy oficjalne pozwolenie na dalszą wędrówkę.

oboekt hotelowy w Girewi

Jacek w sklepie

centrum Girewi


Przed nami już tylko góry i pasterze…Zmierzch zastał nas gdzieś za Girewi, a lekko pochyły taras nad ścieżką był jedynym w zasięgu wzroku i do tego dogodnie ulokowanym nad strumieniem. Andrzej poćwiczył jeszcze sprinty na podbiegu – po tym, jak okazało się, że psy pasterskie mają ochotę pokazać gdzie kończy się ich teren- i już można było rozbijać namiot i otwierać piwo przytargane w pocie czoła ze sklepiku w Girewi. Do tego pozostałości chaczapuri, ser, kabanosy i gorąca herbata, bo po zmroku na 2200 m n.p.m jest bardzo chłodno.

na biwaku

piwko w lodówce

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.