Drewniki na Triglavie (2864m n.p.m.)

by Gosia
0 comment

To było 14 maja. Najpierw długo staliśmy na głazie przed schroniskiem Aljazew Dom. Północna ściana trójgłowego szczytu piętrzyła się przed nami, wciąż oprószona śniegiem. Chwilę potem, pijąc herbatę przy drewnianym stole na zewnątrz, mimo chłodu, nie mogliśmy oderwać wzroku od szczytu.
“Ale góra…”
“Wejdziemy tam kiedyś?”
“Wejdźmy!”

I pojechaliśmy na koncert Depeche Mode do Ljubljany. (Więcej o naszej pierwszej wizycie w Słowenii znajdziecie tutaj)
A już po kilku dniach  kupiliśmy bilety na drugą krótką wycieczkę do Słowenii na koniec lipca.

Dwa i pół miesiąca później, zgodnie z planem zameldowaliśmy się  w pokoju nad cudownie położoną karczmą Psnak, usiedliśmy na ‘naszych’ miejscach przy stole najbliżej drogi i pochyliliśmy się nad mapą.
Pochylałam się nad tą mapą wiele razy przez ostatnie tygodnie. Czytałam fora, oglądałam mrożące krew w żyłach filmy na youtube, zapadałam na chorobę lokomocyjną przy nagraniach z gopro kiedy turyści za bardzo kręcili głowami z kamerką na kasku. Obejrzałam ujęcia i zdjęcia, przeczytałam relacje z wszystkich wariantów wejścia i wiedziałam – wchodzimy prostym technicznie, nieeksponowanym szlakiem z parkingu ‘Pri Lesi’. Widoki będą w porządku, choć nie tak oszałamiające jak przy starcie z Aljazew Dom, skąd przez 5 godzin podchodzi się stromą, eksponowaną via ferratą.

Wiedziałam, że pokonanie blisko 2000m przewyższenia w jeden dzień to sporo i nie chciałam o tego dokładać sieczki psychicznej, gwarantowanej na metalowych hakach i stopniach.

Tymczasem mój Mąż-Wspinacz postanowił spróbować raz jeszcze i wieczór przed wejściem zaczął mnie namawiać na ferratę: bo podobno krócej, bo stromiej, większe wyzwanie… podniosło mi to ciśnienie tak bardzo, że prawie tej nocy nie spałam. Zaplanowaną na 4 rano pobudkę przełożyliśmy na 5-tą, wypiliśmy herbatę, w samochodzie zjedliśmy po bananie i przed 6.00 rano ruszyliśmy wybraną przeze mnie trasą. Plan był prosty: podchodzimy do Triglawskiego domu na Kredaricy, tam chwilę odpoczywamy, zakładamy uprzęże, kaski i ruszamy na szczyt. Najpóźniej mogliśmy tam być o 13, wówczas łatwą końcówkę drogi w dół, przez las, pokonywalibyśmy już po ciemku.

przyjemne początki

ciepło od rana

Pogoda wydawała się nam sprzyjać – rano było rześko, słońce jeszcze nie wzeszło zza gór, a widok na dolinę za naszymi plecami, coraz niżej i niżej dodawał otuchy. Chyba trochę jeszcze spałam, bo nie pamiętam jak długo szliśmy przez las. Wydawało mi się, że zajęło to nie więcej niż godzinę. Przed ósmą dotarliśmy do chatki pasterza krów, który zaprosił nas na werandę. Obserwując merdające krowie ogony i dziarskiego, ryczącego byczka zjedliśmy kanapki i dziarsko ruszyliśmy w górę. Przez chwilę było jeszcze widać dokąd idziemy (Triglavu na horyzoncie brak), ale jeszcze przed 11-tą zeszły chmury, zasłaniając wszystkie widoki i zmuszając nas do wytężania wzroku w poszukiwaniu znaków szlakowych.

i tyle było widoków

Wśród kosodrzewiny lub jej alpejskiego odpowiednika minęli nas pierwsi wracający zdobywcy Triglava, którzy ruszali dziś rano ze schroniska. Środek wakacji, główny szlak na najpopularniejszy szczyt, a my spotkaliśmy dosłownie kilka osób.

Zaczął się trochę trudniejszy teren – leśne, pokryte liśćmi ścieżki i trawiaste dróżki wśród hal zastąpiły teraz sypkie kamyczki, osuwające się spod nóg przy każdym kroku. I tak mozolnie, noga za nogą, szliśmy szlakiem czerwonych kropek, co kilka minut zakręcając o 180 stopni. Dookoła nie było żadnego  punktu zaczepienia, tylko te kamyczki i chmura. I tak przez co najmniej godzinę. Okropność. Aż tu nagle chmury po lewej się rozstąpiły i mogliśmy na chwilę zawiesić wzrok na jakimś skalistym szczycie. Krzepiący znak wskazywał kierunek do schroniska oddalonego o kolejne 45 minut marszu. Wreszcie pokonaliśmy pułap chmur i zza wierzchołka góry, na którą się wdrapywaliśmy błysnął blaszany dach domu na Kredaricy. Po chwili rozciągaliśmy obolałe łydki i raczyliśmy się ciepłą herbatą i zimną coca-colą.

tuż przed atakiem szczytowym

Dom na Kredaricy

Schronisko jest przeogromne! Może pomieścić jednorazowo aż 300 osób. Zastanawialiśmy się, jak to możliwe, że w takim małym kraju tyle osób naraz śpi w schronisku (a to niejedyne schronisko pod Triglavem), ale po chwili podpatrywania współbiesiadników wszystko było jasne. Wejście na Triglav to obowiązek każdego Słoweńca i to obowiązek radosny 🙂 dlatego warto rozłożyć je na dwa dni, przenocować w schronisku, napić się piwka. Rano zjeść śniadanie z widokiem na szczyt, wypić piwko na odwagę, zapiąć uprząż i hajda – dwie godziny ostro pod górę po zabiezpieczonej stalową liną stromiźnie. Spotkaliśmy staruszków i dzieci uwiązane linkami do ojców, żwawą babcię która chwilę temu tańczyła między stołami i gościa z jakąś drewnianą skrzynią na plecach; wszyscy w swoim tempie pięli się w górę. My, ubrani w uprzęże, w kaskach, z zestawem ferratowym byliśmy w mniejszości jeśli chodzi o profesjonalny sprzęt i zabezpieczenie.
Niestety razem z ostatnim, stromym (500 metrów do góry) fragmentem wymagającym prawie cały czas użycia rąk, wróciły wszystkie moje górskie strachy i miałam kilka momentów, kiedy ze łzami w oczach nie mogłam w panice złapać oddechu. Jakoś jednak poszło – za Piotrkiem, po śladach, odpoczywając na półkach i mijankach. Piotrek z radością podziwiał i relacjonował widoki, ja skupiałam się na widoku skały przed oczami.

w drodze na szczyt

nie boję się, nie boję się…

jestem dzielna!

I tak po prawie dwóch godzinach, przed 14-tą zameldowaliśmy się na szczycie. Zachwytom nie było końca – cudowny widok dookoła, ogromna satysfakcja pokonania 2000m przewyższenia od rana,  no i radość bijąca ze wszystkich szczytowych towarzyszy. Słoweńcy fotografowali się każdy ze swoją flagą, pili piwko, palili papieroski. Ktoś wtargał na samą górę akordeon i przygrywał ludowe przyśpiewki, inni tańczyli i śpiewali. A ja się zastanawiałam po pierwsze: jak ja stamtąd zejdę tak stromo w dół, bo przecież schodzenie jest zawsze straszniejsze i po drugie: jak oni po tych browarkach zejdą i czy nikt nie spadnie mi na głowę 🙂

taaaki widok

coraz piękniej

zachwycamy się

Imprezka na szczycie

Na szczęście nie było wcale tak źle, w pełnym skupieniu i wpięta cały czas moim zestawem czułam się już całkiem pewnie i strofowałam Piotrka, który tylko sporadycznie korzystał z liny i niczym kozica skakał z kamienia na kamień. Gdyby mógł, to pewnie jeszcze by sobie podbiegł tu i ówdzie.
Do schroniska weszłam dosłownie ‘na ostatnich nogach’, padłam na ławeczkę i zamówiłam jakiś lokalny przysmak. Ciut za długo tam zabawiliśmy, ale mieliśmy czołówki i świadomość, że ostatnie dwie godziny zejścia będą po łagodnie nachylonej łące i przez las, więc nie było po co się spieszyć.

Trochę nas zaskoczył poziom zmęczenia przy zejściu, stopy bolały przeokrutnie i do tej pory nie wiemy jak to się stało, że schodziliśmy raptem godzinę szybciej niż wchodziliśmy. Albo jesteśmy tacy silni, albo tacy powolni w dół. Pod koniec czuliśmy na podeszwach każdy kamyczek, a ja zamiast o kolacji marzyłam o wymoczeniu nóg w zimnej wodzie. I tak umęczeni po 19-tej, od dwóch godzin myśląc że to już zaraz, bo przecież znaków z czasem przejścia prawie tam nie ma, znaleźliśmy się przy aucie.
W naszej karczmie gratulowała nam cała rodzina właścicieli – zostaliśmy na chwilę bohaterskimi zdobywcami Triglava w jeden dzień. Piwo smakowało wybornie! a cały następny dzień byczyliśmy się na trawce, w hamaku i w łóżku. Przedzierając się przez pastwisko żeby rozwiesić hamak popieścił mnie elektryczny pastuch 😀 ciekawe uczucie, ale wolałabym tego nie powtarzać. Na zakwasy i spięte łydy nie pomogło.

widok z etykiety

Logistyka:
Lot – Warszawa-Ljubljana, LOTem, 2h
Auto – wypożyczone na lotnisku, polecamy taki rodzaj transportu
Dojazd – 45 minut z lotniska do Mojstrany – bazy wypadowej pod Triglavem (czyli z Wawy pod Triglav szybciej niż do Zakopanego 😉
Nocleg – szczególnie polecamy karczmę Psnak w miejscowości Zgorna Radovna pod Mojstraną. Cisza, spokój, niesamowite widoki, pyszne jedzenie i wygodne pokoje. Kontakt mailowy po angielsku. Zakupy należy zrobić w miejscowości Jesenice lub Mojstranie (sklepy były czynne dość krótko). Można rozbić wejście na dwa dni i spać w schronisku – konieczna wcześniejsza rezerwacja, w wakacje pełne obłożenie.
Atak szczytowy – start 20 minut samochodem od Psnaka z parkingu Pri Lesi. Postój w Domu na Kredaricy, zostawiamy plecaki, zakładamy szpej i idziemy na szczyt. Jest kilka opcji wejścia – ta była relatywnie najłatwiejsza. Wskazane uprzęże, kaski i zestawy ferratowe – odcinek z Domu na Kredaricy na szczyt jest ubezpieczony stalowymi linami. Lecą kamyczki.
Całość akcji górskiej z postojami w schronisku zajęła nam blisko 14h.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.