Weekend – góry i plaża

by Gosia
0 comment

Za mną, a właściwie już za nami, pierwszy weekend na Mauritiusie. Było oczywiście aktywnie. W sobotę z samego rana ruszyłam z kolegami z pracy zdobywać trzeci najwyższy szczyt na wyspie – Le Pouse (Kciuk). Góra nazywa się tak, bo kształtem przypomina kciuk. Oceńcie sami 🙂 I znowu wstałam o szóstej i byłam pierwsza na śniadaniu. Nie było to takie proste, bo w piątek trochę poimprezowaliśmy ze znajomymi z pracy, najpierw w hinduskiej knajpce, potem w irlandzkim pubie. Na miejscu zbiórki (w biurze) zabrałam z lodówki sok z trzciny cukrowej, który butelkuje kolega z pracy. Słodkie i dobre kiedy potrzebny jest zastrzyk energii.
Mieszkańcy Mauritiusa nie są wielimi fanami uprawiania sportu, prawie nikt tu nie biega a jazda rowerem przy brawurze kierowców to trochę sport ekstremalny. Lokalne góry dopiero od niedawna można zdobywać wchodząc oznakowanymi szlakami, wcześniej były to po prostu ścieżki które ktoś musiał wcześniej poznać i pokazać pozostałym. Góra kciuk pozostaje nieoznakowana, ale moi koledzy bywają na niej od czasu do czasu z zagranicznymi gośćmi.
Nie był to specjalny wyczyn sportowy – od podnóża (ok. 400m n.p.m) do szczytu (811m n.p.m.) dotarliśmy w 45 minut. Ścieżka prowadziła bardzo mokrymi kamieniami a potem mokrą trawą i jakimiś krzakami przypominającymi agawę. Buty szybko straciły swój piękny pomarańczowy kolor. W lesie parno – a na ‘połoninie’ wiatr hulał tak że zrywał czapki z głów. Na sam szczyt trzeba było się trochę wspiąć (wg mojej definicji wspinaczka wymaga pomocy rąk), i akurat nadciągnęły chmury. Mimo to widok wart był zachodu – ocean, trzy miasta, kilka okolicznych gór i oczywiście pola trzcinowe wokół. Po drodze na dół nazrywaliśmy czerwonych owoców guawy, których sporą część od razu zjadłam – pycha! Wracając widzieliśmy jak do lądowania podchodzi samolot z Piotrkiem na pokładzie 🙂 i już po godzinie witałam go w hotelu.

góra kciuk 🙂
guawy prosto z drzewa
przystanek przed atakiem szczytowym
Abhijith i ja
atak szczytowy
widok z góry na stolicę

Popołudnie upłynęło nam leniwie – Piotrek leżakował po podróży, najpierw nad basenem, potem na pobliskiej plaży. Oczywiście dzielnie mu towarzyszyłam! Za to wieczorem postanowiliśmy odwiedzić lokalną hinduską knajpkę, jakieś 2 kilometry na południe od hotelu. Wypatrzyłam ją biegając po miasteczku kilka dni wcześniej. Wyglądała przytulnie i swojsko, w odróżnieniu do hotelowych restauracji jakich tu pełno dookoła, może i eleganckich ale bez tego ‘czegoś’.

I to był strzał w dziesiątkę – miejsce ma w sumie 3 stoliki i króciutkie menu, trafiliśmy na bardzo miłych właścicieli-gawędziarzy a jedzenie zostało dla nas ugotowane od zera. Kiedy czekaliśmy, pani wynosiła nam z kuchni małe placuszki (coś a la podpłomyki), a w prezencie dostaliśmy jeszcze ziemniaki w hinduskich przyprawach. Do hotelu wróciliśmy pieszo, chodnikiem wzdłuż drogi przez miasto, mijając kolejno odgrodzone wysokim murem posesje. Oprócz nas i pędzących samochodów nie było nikogo.

Niedzielne poranne bieganie nie doszło do skutku, spaliśmy trochę za długo a po 8 rano jest już naprawdę za gorąco. Zresztą o 9 byliśmy umówieni z innym kolegą – Amerykaninem, na wyprawę do pobliskiego parku narodowego Black River Gorges. Próby zdobycia mapy w centrum informacyjnym przy wjeździe do parku spełzły na niczym – pan w informacji polecił nam zrobienie zdjęcia wiszącej mapy iPhonem. Na szczęście Ed jest stałym bywalcem a poza tym szlaki tutaj są oznakowane – bez problemu znaleźliśmy drogę. Wspinaliśmy się do punktu widokowego z piękną panoramą zatoki i najwyższego szczytu na wyspie – Le Piton (826 m n.p.m.). Na pewno tam wejdziemy!
Wycieczka była sporo trudniejsza od wczorajszej – duża część podejścia była stromą ścieżką po korzeniach ciasno rosnących drzew. No i ten upał, odczuwalny jak co najmniej 30C, dziś bez wiatru. Ukoronowaniem podejścia był niezły widok i możliwość odpoczynku w bambusowej altance, oczywiście przegryzając guawy. I Michałki 🙂
Ed jest biegaczem i przy zejściu nie mogliśmy się powstrzymać – gdzie się dało poćwiczyliśmy zbieganie. Za miesiąc przecież Rzeźniczek, a ja od lutego nie biegałam w terenie.

Punkt widokowy Machabee
Na szlaku
altanka na szczycie
już prawie...

Po powrocie szukając lunchu natknęliśmy się przy naszej miejskiej plaży na kilku panów z wielkimi kotłami. Sprzedawali bule (nie wiem jak to się pisze po francusku) – małe okrągłe pierożki, chyba z ciasta ryżowego, wypełnione, w zależności od koloru – kurczakiem, warzywami, ryba albo wołowiną, wszystko ciekawie, aromatycznie doprawione. Kolejka była spora i postanowiliśmy spróbować. Oczywiście, jak to zwykle bywa z takim ulicznym jedzeniem – było pysznie. Moje bule pływały w rosole ze szczypiorkiem i ostrym sosem, Piotrek wybrał wersję z chińskim makaronem błyskawicznym. Zjedliśmy w zagajniku, przysłuchując się lokalnemu gitarzyście z dredami, który świetnie sobie radził z repertuarem Boba Marleya.

uliczne stoisko z boullettes
obiad

Plaża miejska była dzisiaj mocno okupowana przez mieszkańców, którzy chyba tutaj jedzą niedzielny obiad – mieli kosze piknikowe, torby, koce, przenośne lodówki, magnetofony, dzieci, psy i relaksowali się na całego. Tak też i my poczyniliśmy przeprawiając się przez rzekę do Flic-en-flac, na trochę szerszą i bardziej piaszczystą plażę. Przeleżeliśmy tam kilka godzin zupełnie nic nie robiąc, aż do zachodu słońca. Piotrek przypomniał sobie wtedy o Chodakowskiej będącej z nami w tym tygodniu na wyspie, ja podziwiałam zwyczaje plażowych krabów, które zaczęły wychodzić ze swoich kryjówek w piachu. Są bardzo płochliwe, minimalny ruch sprawia, że swoim krokiem bokiem momentalnie uciekają do dziury.

Ćwiczymy z Chodakowską
Kraby! ten akurat patrzył w drugą stronę
Ocean Indyjski jest spokojny
Jest dobrze

Kończę, bo już 22 a jutro poranne bieganie i pracowity dzień. Nad basenem gra kapela jazzowa, siedzę sobie w sukience którą ostatnio miałam na sobie w Tajlandii, Piotrek poluje na jaszczurkę która chodzi po ścianie w pokoju (aktualnie za telewizorem). Ach, przypomniało mi się porównanie Piotrka – jest tu spokojnie jak w Strzebowiskach.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.