Wracamy do Gruzji

by Gosia
0 comment

Czas pędzi nieubłagalnie, za to ostatnio na naszą korzyść, bo razem z końcem lata nadeszły wyczekane wakacje. Wypadłam z impetem z zakrętu codziennych zajęć, żeby jak rok temu bladym przedświtem o 4 rano wylądować w  upalnym Tbilisi. Trochę jak przy skoku na główkę – po tygodniach przygotowań nagle siup, lecę i cały zamęt dookoła przestał się liczyć a w głowie zrobiło mi się cicho i spokojnie. Błogostan w 3 godziny.

Barbarzyńska pora lądowania uniemożliwia jakikolwiek nocny sen, za to nie przeszkodziła w realizacji nietrywialnych planów logistycznych naszej eskapady. W hali przylotów czekała na nas Dominika z firmy Mountain Freaks, która odebrała połowę naszych bagaźy. Walizki z ciężkim sprzętem i cieplymi ubraniami (oraz zapasem kabanosów!) zobaczymy ponownie za tydzień w Stepantsmindzie, my tymczasem z wypchanymi plecakami i kompletem sprzętu biwakowego będziemy szli przez najbardziej niedostępne kaukaskie krainy: Tuszetię i Czewsuretię. Na ile niedostępne i dzikie? To się okaże.

Na razie znaleźliśmy się o 5 rano w centrum stolicy Gruzji. Taksówkarz nie omieszkał wspomnieć ze służył w armi radzieckiej w Polsce, konkretnie we Frankfurcie nad Odrą i oczywiście zna Czterech Pancernych. Przespacerowalismy się zawieszonymi między kończącą się piątkową zabawą a sobotnim porannym sprzątaniem uliczkami starówki. Ostatni rozgrzani tańcem i winem imprezowicze wracali do domów, a my niespiesznie szukaliśmy miejsca na śniadanie. Świtało. Tbilisi urzekło nas o tej porze ni to dnia, ni nocy. Brak snu przyjemnie nas otumanił, a miękkie światło poranka eksponowało architektoniczne ciekawostki miasta.

Znaleźliśmy miłą knajpkę nad Kurą. Na naszym stole  o 6 rano wylądowały gorące adżarskie chaczapuri (to te z wbitym jajkiem), po sąsiedzku w ruch szły kieliszki i sprawnie opróżniano ostatnie butelki wódki. Poranek rozgościł się wokół na dobre kiedy uznaliśmy że zaraz uśniemy i niespiesznie przenieśliśmy się do parku przy moście wolności, gdzie rozłożyliśmy się na karimatach i oddaliśmy błogiemu lenistwu, Morfeuszowi i mrówkom.Cały ten poranny pobyt w Tbilisi, aczkolwiek przyjemny, nie byłby zupełnie potrzebny, gdyby nie konieczność znalezienia świętego graala wszystkich naszych ostatnich wyjazdów rowerowych. Gdyby nie on, zaraz po wylądowaniu pojechalibyśmy odpocząć w winnicy, a tak senni czekaliśmy do wybicia godziny jedenastej. Nie mógł z nami przylecieć, bo zalicza się do grupy przedmiotów zakazanych, a bez niego nie przetrwamy w górach. No, moze bez przesady, przetrwamy, ale bez przyjemności. Oto bohater dzisiejszego dnia: kartusz 🙂 Szczęśliwie rok temu wracając z Tbilisi wpadliśmy po rowerowe kartony do sklepu sportowego, gdzie kartusze spokojnie czekały na zdesperowanych turystów. I to na otwarcie tego sklepu czekaliśmy dzielnie przez 7 godzin po lądowaniu.


Po drzemce dzięki zdolnościom lingwistycznym i negocjacyjnym Piotrka dość sprawnie zorganizowaliśmy transport trochę zużytym i przykurzonym, ale przestronnym vanem. Zrobiliśmy kartuszowe zakupy i ruszylismy na wschód. Kierowca prowadził w stylu gruzińskim, co i tak nie przeszkodziło wszystkim poza mną drzemać, obijając się głowami o szyby, drzwi i siebie nawzajem. Pokonaliśmy góry otaczające Kachetię od południa i od tej pory możemy napawać się widokiem Kaukazu. Im niżej, tym goręcej- w dolinie temperatura sięga dziś 37C. Zameldowaliśmy się w Chateau Eniseli- uroczej winnicy, którą odkryliśmy rok temu. Wszystko jest tak jak być powinno- zimne piwo, zalany słońcem taras, Jaba-najlepszy gospodarz w Kachetii, świerszcze, dojrzewające winogrona, a za kilka chwil- supra, czyli suta kolacja, którą zamierzamy obficie podlać tutejszym winem i nacieszyć się spotkaniem i początkiem wakacji.

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.