Zimowy, a jednak wiosenny Sopot

by Gosia
0 comment

To już nasza mała, zimowa tradycja – wsiąść do pociągu niebylejakiego, bo pendolino- i odwiedzić Trójmiasto kompletnie poza sezonem. Byliśmy na koniec stycznia, w polowie lutego a teraz na początku marca: kiedy na deptakach pusto, Monciak cichy i spokojny, na molo wieje tak, że głowy urywa a i nie wszystkie restauracje są otwarte.

Kolejny raz wybraliśmy się do Marriotta, skorzystać z ich kultowego SPA (wcześniej był tu hotel Mera i SPA dalej tak się nazywa), budzić się z widokiem na morze i posiedzieć w jacuzzi tuż za wydmą. Pogoda zapowiadała się iście paskudna – chmury, wiatr i przelotny deszcz codziennie, toteż nastawialiśmy się raczej na powolne celebrowanie posiłków, eksplorację każdego przyjaznego dzieciom zakątka, każdej sauny i każdego basenu.
Tradycyjnie już trasę z dworca do hotelu pokonaliśmy pieszo, psiocząc na turkocące kółeczka naszej wielkiej walizy i podziwiając sopocką zabudowę willową.
Tym razem wybraliśmy pokój z częściowo oddzieloną częścią sypialną dla dzieci, w nadziei że może Władek poczuje powiew dorosłości i będzie tam spać sam. Tak się oczywiście nie stało, ale przynajmniej część wieczoru do “pierwszej pobudki” mieliśmy dla siebie i mogliśmy spokojnie pooglądać filmy 🙂 Ale za rok to już na pewno będzie spać sam!

taki widok!
zimowa tęcza

W hotelu nic nas w zasadzie nie zaskoczyło, trzyma poziom, śniadanie było wspaniałe i z widokiem i nawet zaczęli robić omlety i naleśniki na zamówienie.
Za to bardzo pozytywnie zaskoczyła nas pogoda. Chmurzyło się przez pół dnia (z czterech), padało minimalnie, a wiało tak szczęśliwie, że od lądu i dzięki temu przyjaznemu zbiegowi okoliczności spędziliśmy trzy dni na plaży i na ścieżkach spacerowych. Aż ciężko było znaleźć czas na sauny! Mrużąc oczy od słońca wyciągaliśmy Władka z wody, bo bardzo chciał zamoczyć stópki, w sali zabaw wyszukaliśmy jakieś wiaderka i foremki i urządziliśmy regularny, radosny plażing!

a za chwilę czas na babki z piasku
początek pięknego wiosennego dnia na sopockiej plaży

Spacerowo byliśmy w Gdańsku, biegowo prawie w Gdyni. Władek włączył wersję DEMO: zapomniał o swoich buntach i uzależnieniu od mamy, odwiedzał każdy plac zabaw, huśtawkę i najchętniej każde z kilkunastu wejść na plażę, które mijaliśmy. Spał kiedy trzeba było spać, jadł wszystko co mu zaproponowaliśmy a nawet sam bawił się w każdym restauracyjnym kąciku!
Wracaliśmy po tych czterech dniach jak po tygodniowych wakacjach, opaleni, objedzeni, wymasowani i wysaunowani.
A tydzień później już nic nie było takie samo i jak nigdy dotąd teraz wspominamy zatłoczony pociąg, spotkanie z przyjaciółmi w restauracji, place zabaw, dworzec pełen ludzi i grupy dzieci biegające wspólnie po hotelu.
Oby udało się wrócić za rok!

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.