Zwiedzamy południe wyspy

by Gosia
0 comment

Po zakończeniu części oficjalnej pobytu, czyli w piątek po pracy rozpoczęliśmy czterodniowe wakacje. Razem z kolegami z biura wyszliśmy na pożegnalne piwo, tym razem w stolicy – Port Louis. Imprezowaliśmy w dość eleganckim hotelu, z dress codem i obsługą w stylu kolonialnym – wszyscy kelnerzy mieli białe koszule, kremowe kamizelki i spodnie, czerwone muszki i kremowe kaszkiety.
A w sobotę z samego rana pożegnaliśmy się z hotelem Tamarin i pojechaliśmy zwiedzać południe wyspy. Chociaż od centrum oddalone jest o zaledwie 25-30km, wszyscy traktują je jako odrębny region ze swoją specyfiką – bardziej zielony, mniej zaludniony. To tutaj można obejrzeć wzburzony ocean, pada częściej i mieszka więcej czarnoskórych.
Wycieczkę zaczęliśmy od posiadłości Chamarel, gdzie francomauritian odkrył na swojej plantacji siedmiokolorową ziemię. Kolory pochodzą z różnych okresów geologicznych, część to pozostałości po wybuchu wulkanu. Cała plantacja trzciny utrzymana jest w stylu amerykańskiego  parku – z płatnością za wjazd bez wysiadania z samochodu i możliwością podjechania bezpośrednio do kolejnych atrakcji. Przy okazji podziwiania kolorowej ziemi obejrzeliśmy też kilkudziesięciometrowy wodospad i małą hodowlę gigantycznych żółwi.
Oprócz trzciny cukrowej w Chamarel jest też rumownia, gdzie można spróbować lokalnych trunków i plantacja palm z których robi się sałatkę milionera – bo palma rośnie kilka lat, wycina się ją i zjada sam środek. I pole ananasów, które wcale nie rosną na palmie.

kolorowe gleby
ananasy
żółwie baraszkują
wodospad, jak widać

Stamtąd stromą drogą wspięliśmy się do punktu widokowego na terenie parku narodowego Black River Gorges, który eksplorowaliśmy z innej strony tydzień temu. Nie udało nam się w pełni docenić widoku, bo punktu pilnie strzegły niezbyt przyjaźnie nastawione małpy. Ale rzuciliśmy okiem na najwyższy szczyt Mauritiusa- le Piton de la Petite River Noir (826m n.p.m.) i podjechaliśmy pod szlak wiodący na wierzchołek. Sam trekking nie należał do najbardziej widokowych – przez prawie półtorej godziny szliśmy wąską ścieżką przez gęsty tropikalny las, walcząc z błotem i starając się przeskakiwać kałuże lub omijać je trzymając się zarośli. Po drodze podjadłam trochę czerwonej i żółtej gujawy. Było cicho, parno i pusto – przez 3 godziny spotkaliśmy tylko trzy osoby. Atak szczytowy był dość wymagający. Strome zbocze pokryte śliskim błotem, z wystającymi gdzieniegdzie zroszonymi kamieniami trochę mnie zmęczyło, tym bardziej że nigdy nie podchodziłam nigdzie z pomocą liny. A tu rzeczywiście trzeba było się zapierać i mocno podciągać. Widok z góry wynagrodził te niedogodności – rozpostarła się przed nami piękna panorama południowej i zachodniej części wyspy. Górę niewolników w tle powinniście już rozpoznać.

Widok ze szczytu
Ławeczka dla strudzonych wspinaczy
Lina!
Małpy pilnują panoramy

Dilesh trochę się zaniepokoił jak zobaczył nasze nogi ubłocone po kolana, u mnie w sumie do pasa, i buty których koloru można się było tylko domyślać. Umyliśmy się wodą z butelki, elegancko przebraliśmy i tak odświeżeni ruszyliśmy oglądać kolejne atrakcje. Rzuciliśmy okiem do krateru Basin Blanc- akurat ten ma w środku jezioro, ale widzieliśmy też jeden porośnięty lasem. Pojechaliśmy na południowy kraniec wyspy, do Gris-Gris, obejrzeć wzburzony ocean i klif. Niesamowity widok – woda była bardzo spieniona, fale gigantyczne, wszystko huczało, a panie w hinduskich strojach na plaży kilkanaście metrów niżej moczyły nogi nic sobie nie robiąc z potęgi żywiołu.

Gris-Gris
Plantacja herbaty
Krater wulkanu
Prawie jak Monument Valley!

Po pysznym lunchu w lokalnej knajpce Dilesh zabrał nas do lokalnego centrum kultu hinduistycznego – Grand Basin. To wielkie jezioro pełne ryb, których nie można łowić, bo woda jest poświęcona wodą z Gangesu. Pielgrzymują tu wszyscy Hindusi z Mauritiusa – przynajmniej raz w roku, w święto Sziwy każdy musi tu być i polać głowę Sziwy wodą. Piesze pielgrzymki suną z całej wyspy jak u nas na Jasną Górę. Zdarza się że w święcie uczestniczy naraz ponad 300 000 ludzi. Arteria wiodąca do zespołu świątyń jest szeroka, a gigantyczny posąg Sziwy góruje nad Grand Basin i jest widoczny z odległości kilku kilometrów. Nad jeziorem Dilesh wytłumaczył nam z grubsza założenia jego religii, pokazał posągi poszczególnych bogów i kazał wejść do świątyni i skorzystać z błogosławieństw. Trafiliśmy w ręce mnicha, który patykiem pomaczanym w czerwonej farbie namalował nam coś na czole (według Piotrka – logo Atari), w czasie malowania wypowiadając błogosławieństwa patrząc nam intensywnie w oczy. A wzrok miał dosyć przenikliwy.

Posąg Sziwy
W świątyni
Błogosławieństwa

Tak uświęceni ruszyliśmy na północ, gdzie śpimy jedną noc i sprawdzamy, dlaczego lokalesi twierdzą, że tutaj są najlepsze plaże.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.